Czy można przestać być maszyną?

Jego naukami interesowali się Peter Brook i Jerzy Grotowski. - Człowiek nie żyje naprawdę, ale reaguje jak automat, do którego wrzuca się monety - twierdził. - Musi się z tego stanu wyzwolić. O Georgiju Gurdżijewie, pół Greku, pół Armeńczyku, mistyku i badaczu wschodnich tradycji religijnych pisze Roman Pawłowski
Artykuł archiwalny; Gazeta Wyborcza

Wiosną 1915 roku w Moskwie, w oddalonej od centrum kawiarni, spotkało się dwóch mężczyzn. Młodszy miał trzydzieści parę lat i wygląd rosyjskiego inteligenta. Starszy dobiegał pięćdziesiątki, jego rysy zdradzały orientalne pochodzenie - gdyby zdjął swoje czarne palto oraz melonik i założył biały burnus z pozłacanym turbanem, nie różniłby się od indyjskiego radży lub arabskiego szejka. W hałaśliwej kafejce, wśród drobnych handlarzy i pośredników wyglądał na kogoś, kto nieumiejętnie ukrywa swoje prawdziwe pochodzenie. Silny kaukaski akcent, z jakim mówił po rosyjsku, jeszcze bardziej wzmacniał poczucie obcości.

Młodszy mężczyzna nazywał się Piotr Demianowicz Uspienski i był dziennikarzem oraz podróżnikiem. Przed rokiem wrócił z długiej wyprawy do Egiptu, Cejlonu i Indii. Poszukiwał tam starożytnych szkół, w których przechowała się tajemna wiedza o "cudownym", jak na własny użytek nazywał ukrytą stronę ludzkiej egzystencji. Jednak wielomiesięczna podróż nie przybliżyła go ani na chwilę do wyjaśnienia dręczących go pytań i po powrocie do Europy znalazł się w tym samym punkcie, w jakim rozpoczął swoje poszukiwania.

Starszym był Georgij Iwanowicz Gurdżijew, pół Grek, pół Armeńczyk urodzony na Kaukazie, mistyk i badacz wschodnich tradycji religijnych. Na poszukiwania, które jego rozmówca dopiero rozpoczął, on sam poświęcił 25 lat życia. Nie było takiego zakamarka Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu, którego by nie odwiedził lub choćby nie znał ze słyszenia. Był w świętych miastach muzułmanów - Mekce i Medynie - i w prawosławnych klasztorach na świętej górze Athos. Studiował tańce wirujących derwiszów w Turcji i ćwiczenia religijne sufijskich mnichów z pustyni Gobi. W północnych Himalajach spędził trzy miesiące w klasztorze tajemnego Bractwa Sarmung, gdzie poznał święte tańce przekazywane z pokolenia na pokolenie od tysięcy lat.

Po wielu perypetiach w 1912 roku przyjechał do Rosji, aby zebrać grupę uczniów i przekazać im zdobytą na Wschodzie wiedzę. Od jakiegoś czasu prowadził w Moskwie wykłady i pokazy eksperymentów z pogranicza psychologii i hipnozy. Finansował je z ogromnego majątku, którego dorobił się na handlu w Azji Środkowej. Chciał otworzyć w Moskwie ośrodek, w którym mógłby wcielić w praktykę swą wiedzę. Do realizacji planów brakowało mu tylko jednego - ucznia, który przełożyłby jego idee na język pojęć zrozumiały dla ludzi Zachodu.

Uspienski nie wiedział jeszcze, że to on ma być osobą, która przekaże system Gurdżijewa światu, i że już dawno został wybrany. Był w Moskwie przejazdem. O swoim rozmówcy wiedział tylko tyle, że praktykuje z uczniami tańce Wschodu i prowadzi okultystyczne eksperymenty. "Głos Moskwy" doniósł niedawno o przygotowywanym przez Greka spektaklu "Walka magów", którego akcja miała toczyć się w Indiach i przedstawiać "pełen obraz wschodniej magii, łącznie z cudami fakirów i świętymi tańcami".

Do tych rewelacji Uspienski odnosił się sceptycznie. Gdyby nie namowy jednego z moskiewskich uczniów Gurdżijewa, nigdy nie przyszedłby na spotkanie z kaukaskim mistrzem, w którym widział hochsztaplera, jednego z wielu, którzy działali w Rosji ogarniętej modą na wirujące stoliki i okultyzm.

Teraz pili kawę i rozmawiali o Indiach, ezoteryzmie i szkołach jogi. Podejrzliwy Rosjanin starał się rozgryźć tajemnicę swego rozmówcy. Wykorzystując chwilę milczenia, zagadnął Gurdżijewa o to, gdzie nauczył się świętych tańców i poznał tajemnice ezoteryczne.

- Kiedy pojechałeś do Indii, o twojej podróży i o twoich celach pisano w gazetach. Poleciłem wtedy moim uczniom, żeby przeczytali twoje książki, określili, kim jesteś, i ustalili na tej postawie to, co będziesz w stanie znaleźć. Wiedzieliśmy więc, co znajdziesz, kiedy ty jeszcze byłeś w drodze - odrzekł Gurdżijew.

Ten, którego Uspienski brał za szarlatana, wiedział więc o nim wszystko. Znał jego prace, co więcej, dawał do zrozumienia, że zna również odpowiedzi na wiele pytań, których wyjaśnienia szukał bezskutecznie na Bliskim Wschodzie! Zaintrygowany Rosjanin umówił się nazajutrz na kolejne spotkanie w tej samej kawiarni. Dzień później znów się spotkali i tak było do końca krótkiego pobytu Uspienskiego w Moskwie. Kiedy tydzień później dziennikarz wracał nocnym pociągiem do Petersburga, miał przeczucie, że zaczyna się nowy etap w jego życiu. Po latach wspominał: "Zadawałem sobie pytanie, czy rzeczywiście znalazłem to, czego szukałem. Nie byłem jeszcze niczego pewien ani nie byłem w stanie niczego sformułować. Ale miałem poczucie zmiany i byłem przekonany, że teraz wszystko potoczy się inaczej".

Zjawisko Gurdżijew

34 lata później w Nowym Jorku ukazała się książka, która miała odmienić życie wielu ludzi na Zachodzie. Zatytułowana była "Fragmenty nieznanego nauczania. W poszukiwaniu cudownego". Opowiadała o wieloletnich spotkaniach autora Piotra Demianowicza Uspienskiego z niejakim G. - Grekiem z Kaukazu i mistrzem duchowym.

Ponieważ pisma samego Gurdżijewa były długo nieznane poza kręgiem jego uczniów (ostatni tom wyszedł dopiero w latach 70.), to właśnie książka Uspienskiego stała się pomostem pomiędzy wiedzą zdobytą przez kaukaskiego badacza podczas wieloletnich wypraw do Azji a zachodnią cywilizacją, która w pierwszej połowie 20. wieku wyczerpała swoją energię duchową i potrzebowała zastrzyku nowej myśli. System filozoficzny, który opisano w książce, a zwłaszcza wskazówki praktyczne na temat pracy nad sobą stały się po II wojnie światowej przedmiotem studiów tysięcy ludzi, wśród których znaleźli się artyści tej miary co Peter Brook i Jerzy Grotowski. Adeptem systemu Gurdżijewa był Lincoln Kirstein, szef pierwszej szkoły baletu w Ameryce, współpracownik George'a Balanchine'a i założyciel New York City Ballet. Płytę z muzyką Gurdżijewa nagrał jazzman Keith Jarret.

Dzisiaj zjawisko Gurdżijew to kilkadziesiąt ośrodków rozrzuconych po całym świecie - od Buenos Aires po Chabarowsk. To szkoły tańca i pracy nad sobą jego imienia. W samych Stanach Zjednoczonych liczbę kontynuatorów Uspienskiego i Gurdżijewa ocenia się na pięć tysięcy. Istnieją specjalne listy dyskusyjne w internecie, na których wymieniają oni doświadczenia i komentują pisma obu mistyków. Na specjalnych farmach w Kalifornii i stanie Nowy Jork naśladowcy mistrza G. łączą pracę nad rozwojem duchowym z pracą fizyczną. Aby się tam dostać, trzeba przejść wielostopniowe eliminacje. Chętnych jest ciągle więcej niż miejsc.

W ostatnich dziesięciu latach wiedza o Gurdżijewie dotarła także do Polski. Na początku lat 90. ukazało się polskie tłumaczenie książki Uspienskiego, a następnie przekład na poły mitycznej autobiografii Gurdżijewa "Spotkania z wybitnymi ludźmi". W listopadzie już po raz drugi wrocławski Ośrodek Grotowskiego zorganizował sesję poświęconą Gurdżijewowi, na którą przyjechał m.in. Peter Brook. Reżyser od końca lat 40. jest w kontakcie z bezpośrednimi uczniami Gurdżijewa, w latach 70. nakręcił w Afganistanie film według "Spotkań", który był prezentowany we Wrocławiu. Razem z innymi znawcami idei Gurdżijewa Brook przez dwa dni pracował z grupą polskich studentów. Na jego zajęcia nie można było się dopchać.

Na czym polega magnetyzm Gurdżijewa? Co przyciąga do niego prominentnych artystów i absolwentów najlepszych amerykańskich uczelni? Czym mistrz G. wyróżnia się z tłumu proroków i mesjaszy, których książki wypełniają półki w księgarniach z napisem "New Age"?

Colin Wilson, filozof i autor encyklopedii ezoteryzmu "Przewodnik po możliwościach", twierdzi, że jego siła polegała na logicznej i psychologicznej przenikliwości umysłu. W odróżnieniu od innych proroków nowej ery Gurdżijew nigdy nie wymagał od swych uczniów wiary. To, czego ich uczył, było naukową metodą poznania samego siebie. Oczekiwał od swoich zwolenników, że sami zdecydują, czy jest ona prawdziwa, czy nie, polegając na praktyce, a nie na wierze. Nie uczynił więc przedmiotem studiów ani Boga, ani Absolutu, lecz świadomość samego człowieka. Nie oczekiwał również porzucenia dotychczasowego życia, jak czynili i czynią przywódcy licznych sekt. Przeciwnie, chciał, aby dotychczasowe życie stało się dla uczniów materiałem do pracy.

Ty iść za wysoko

Najważniejszym i najczęściej powtarzanym postulatem Gurdżijewa było "Pamiętać siebie". Prosił uczniów, by obserwowali swoje reakcje i szukali rzadkich chwil, gdy ciało, umysł i uczucia stapiają się w jedno "ja". G. uważał bowiem, że człowiek składa się z wielu "ja", z których żadne nie jest prawdziwą świadomością. Jego myśli, uczucia, dokonania są niczym więcej jak mechanicznymi reakcjami na wewnętrzne i zewnętrzne impulsy. Człowiek jest maszyną - twierdził - nie żyje naprawdę, ale reaguje jak automat, do którego wrzuca się monety. Przebudzenie ze snu i przemianę maszyny w prawdziwą świadomość uczynił głównym celem swoich poszukiwań.

"Czy możliwe jest zaprzestać bycia maszyną?" - pytał go Uspienski podczas pamiętnego spotkania w Moskwie. "Istnieje taka możliwość, ale do tego konieczna jest przede wszystkim znajomość maszyny" - odpowiadał Gurdżijew. Lepszemu poznaniu "maszyny" miały służyć różne ćwiczenia psychofizyczne, które dawał swoim uczniom. Ich osnową był rodzaj gimnastyki pochodzący - jak twierdził - z tajemnych i odległych klasztorów Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu.

Jedno z najbardziej znanych ćwiczeń polegało na poruszaniu różnymi częściami ciała w innym tempie, powiedzmy: głowa na trzy czwarte, ręce na cztery czwarte, a nogi w jeszcze innym rytmie. Wiele uwagi G. poświęcał koncentracji. Potrafił w środku nocy pojawić się w sypialni swoich uczniów i cicho strzelić palcami: na ten znak wszyscy mieli wyskoczyć z łóżek i w przeciągu sekund stanąć w skomplikowanych pozycjach. Jeden z jego uczniów Louis Pauwels wspomina ćwiczenie polegające na uświadomieniu sobie prawego ramienia w dokładnie określonym momencie dnia i utrzymaniu tej świadomości tak długo, jak to było możliwe. "To mogło się wydać śmieszne, ale oczywiście nie nam" - komentował po latach. Tu już nie chodziło o wzmocnienie koncentracji, ale o całkowite oddzielenie się od tego, co potocznie nazywamy osobowością.

G. wierzył, że ukryta świadomość człowieka budzi się w momentach ekstremalnych. Sam przeżył w dzieciństwie taką chwilę, kiedy wyzwał przyjaciela na niezwykły pojedynek. Obaj mieli udać się na pobliski poligon podczas artyleryjskiego ostrzału. Gurdżijew wyszedł z tego bez szwanku, jego rywal został ranny. Wspomnienie niezwykłego stanu w włos od śmierci, w którym znalazł się wtedy, towarzyszyło mu przez całe życie.

Swoich uczniów nie posyłał rzecz jasna pod kule armatnie, ale stwarzał im równie ekstremalne warunki. Jak relacjonuje jego uczennica Anna Bancroft, adepci Instytutu Harmonijnego Rozwoju Człowieka, który Gurdżijew prowadził w latach 20. w Prieure we Francji, zajmowali się ciężką fizyczną pracą, budowali drogi, rąbali drzewa, wznosili budynki, zmieniali bieg strumieni, zakładali ogrody i trawniki, zajmowali się zwierzętami. W nocy G. nie pozwalał na odpoczynek, ale uczył skomplikowanych tańców, które miały na celu uruchomienie całego ciała, jego ośrodków intelektualnych, emocjonalnych i fizycznych. Każdy ruch musiał być opanowany co do sekundy, a tancerz musiał być przygotowany na najbardziej niezwykłą prace mięśni.

"To niesamowite skupienie - pisze Bancroft - sprawiało wrażenie, jakby tancerze byli zahipnotyzowani. Nie tylko musieli opanować wymyślne, skomplikowane ruchy, lecz przede wszystkim zachować świadomość każdego z trzech ośrodków i pewność doskonałej i świadomej koordynacji. Przypominało to gesty zmarłych i twarze bez wyrazu podobne do zombi.

Oprócz ciężkiej pracy i lekcji tańca na uczniów G. czekały nieprzewidziane spięcia i konflikty. Mistrz organizował na przykład wyjazd w podróż, aby w ostatniej chwili wszystko odwołać. Jeśli już udało się wyruszyć, mylił drogi lub zapominał, dokąd mieli jechać, i winę zrzucał na swoich uczniów. Celowo popierał irytujące lub kłótliwe osoby. Wprowadził nawet system donosów, który do reszty podzielił całą społeczność ośrodka.

Mieszkańcy Prieure byli jednak zafascynowani swoim mistrzem i wykonywali z poświęceniem jego wszystkie polecenia. Katherine Mansfield, pochodząca z Nowej Zelandii pisarka, przystała do grupy mimo zaawansowanej gruźlicy. Chociaż ciężka praca musiała być zabójcza dla jej organizmu, pozostała w Prieure aż do swojej śmierci, co sprowadziło później na Gurdżijewa szereg oskarżeń.

Czy była to religia? W sensie liturgii - nie. W sensie dogmatu - również nie. Ale jako droga doskonalenia człowieka, system Gurdżijewa niewątpliwie mógł być alternatywą dla religii. "Postawa Gurdżijewa nie jest religijna. Jest w niej coś religijnego, ale nie na pokaz" - mówił o tym aspekcie pracy Gurdżijewa Jerzy Grotowski w wywiadzie udzielonym na początku lat 90. I przytaczał słynną odpowiedź mistrza G. na pytanie jednego z uczniów: "Ale co z Bogiem?" "You go too high" - "Ty iść za wysoko" - miał odpowiedzieć Gurdżijew swoim łamanym angielskim.

Żywot nieświęty

Życie Gurdżijewa nigdy nie stało się przedmiotem analiz i komentarzy jego uczniów, i to jeszcze jedna różnica, jaka dzieli go od wielu innych mistrzów duchowych i proroków, szczególnie tych wywodzących się z chrześcijaństwa. Jeśli mierzyć religie tendencją do kultu jednostki - piszą amerykańscy religioznawcy George Baker i Walter Driscoll - to ruch Gurdżijewa jest na samym dole skali.

Życie G. nie było zresztą specjalnym wzorem do naśladowania. Jego autobiografia "Spotkania z wybitnymi ludźmi", wydana pośmiertnie w 1949 roku i obejmująca pierwsze i najmniej znane trzydzieści kilka lat jego życia, przypomina raczej "Baśnie tysiąca i jednej nocy" niż żywoty świętych. Wypełniają ją opisy nieprawdopodobnych przygód i oszustw, których dopuszczał się w młodości, aby sfinansować swoje zakrojone na wielką skalę poszukiwania. G. opisuje na przykład, jak w Armenii brał łapówki od lokalnych władz za załatwienie dostępu do kolei, znał bowiem przebieg nowej linii, pracując jako tłumacz przy jej wytyczaniu. W Taszkiencie występował jako pomocnik rzekomego fakira. W Samarkandzie łapał wróble, strzygł je, farbował na żółto i wciskał naiwnym jako amerykańskie kanarki.

Jeśli dodamy, że przygotowując się do napisania biografii, zużył cały zapas kalwadosu i armaniaku zgromadzony w piwnicach starej posiadłości Prieuré w Francji, gdzie w latach 20. mieszkał i pracował, stanie się jasne, że G. nie należał do tych świątobliwych mężów, których treścią życia było wyłącznie umartwianie się. Jego portret, który wyłania się ze "Spotkań", jest niejednoznaczny. Z jednej strony widać w nim poszukiwacza prawdy próbującego wyjaśnić takie fenomeny, jak przepowiadanie przyszłości czy cudowne przypadki uzdrowień, z drugiej bezwzględnego, sprytnego handlowca, który bogaci się kosztem ludzkiej niewiedzy i naiwności. Oba wcielenia walczą w nim niczym doktor Jekyll i mister Hyde.

Po części na jego charakter wpłynął burzliwy czas, w którym się urodził - przełom lat 60. i 70. XIX wieku. Życie Gurdżijewa przypadło na czas trzech wielkich wojen. Pierwszą była wojna rosyjsko-turecka, która w młodym wieku zmusiła go do opuszczenia domu w Aleksandropolu nad granicą turecką (obecnie Giumri w Armenii) i wyruszenia na wędrówkę trwającą przez większą część życia. Druga, czyli I wojna światowa i rewolucja bolszewicka, pokrzyżowały mu plany założenia w Rosji Instytutu Harmonijnego Rozwoju Człowieka, w którym chciał wykładać swój system. Trzecią wojnę przetrwał w Paryżu, otoczony grupą wiernych uczniów.

Aby przeżyć i kontynuować własne poszukiwania, Gurdżijew musiał wykształcić w sobie nadzwyczajne umiejętności. W czasie ucieczki z ogarniętej rewolucją Rosji miał na utrzymaniu przeszło 200 ludzi, członków swojej rodziny i uczniów. I nie mógł, niestety, liczyć - jak Mojżesz - na mannę z nieba. Musiał wyciągać pieniądze oraz żywność raczej spod ziemi, co szło mu całkiem nieźle. O jego sprycie świadczy pozwolenie na broń, które zdobył u władz wojskowych. Z jednej strony kartki podpisał się bolszewicki komisarz, a z drugiej oficer armii Denikina!

Drugim czynnikiem, który go ukształtował, była wielokulturowość. Od dzieciństwa wzrastał w prawdziwym tyglu kultur i religii. Jego matka była Ormianką, ojciec pół Grekiem, pół Rosjaninem. Kaukaz w tamtej epoce zamieszkiwała piorunująca mieszanka narodowości, od Ormian, Azerów, Gruzinów, przez Tatarów, Turków, po Rosjan i Żydów. On sam chodził najpierw do greckiej, a później do rosyjskiej szkoły.

Tereny dawnej Persji, od których rozpoczął swoje podróże, były miejscem tradycyjnej tolerancji religijnej. Obok siebie żyli i działali manichejczycy, zoroastrzy, chrześcijanie prawosławni i nestorianie, taiości, jezydzi zwani czcicielami diabła, buddyści oraz muzułmanie. Atmosfera tolerancji sprzyjała otwarciu się na inne religie i poszukiwaniom duchowym. Dlatego Gurdżijew, kształcony początkowo na prawosławnego księdza, mógł tak łatwo nawiązać kontakt z wyznawcami innych religii, a nawet z zamkniętymi grupami, takimi jak bractwo Sarmung.

W swojej autobiografii wspomina wiele takich spotkań, wymagających przecież nie tylko znajomości języka czy kultury, ale przede wszystkim zaufania. Mnisi powierzają mu tajemnice swoich klasztorów, derwisze uczą go swoich tańców, kapłani pokazują święte tańce. Jedynie w drodze do najważniejszego z odwiedzanych klasztorów, ukrytego w Himalajach, przewodnicy nakładają mu kaptur na głowę, aby nie zorientował się, gdzie się znajduje, ale możliwe, że to on sam nie chce zdradzić przed czytelnikiem powierzonej mu tajemnicy.

Mistyk i handlowiec

O umiejętnościach i uporze Gurdżijewa świadczy fakt, że w czasach niesprzyjających zajmowaniu się badaniami religijnymi potrafił wywalczyć dla siebie i swoich przyjaciół przestrzeń wolności. Fundamentem tej wolności była niezależność finansowa. O źródłach, z których czerpał pieniądze, krążyły legendy: mówiono, że otrzymywał je od ośrodka okultystycznego w Indiach, że Instytut Harmonijnego Rozwoju Człowieka był utrzymywany przez organizacje Czarnych Magów albo przez legendarnego gruzińskiego księcia Muchrańskiego, że G. posiadał tajemnice kamienia filozoficznego, za pomocą którego produkował złoto, a nawet, że otrzymywał dotację od bolszewików.

W rzeczywistości był po prostu genialnym handlowcem, który to talent nie należy przecież do rzadkości na Wschodzie. Potrafił zbić majątek na wszystkim, od dywanów i antyków, przez maszyny do pisania, aż po zepsute śledzie. W Taszkiencie i Krasnowodzku skupował stare, niemodne gorsety, skracał je według najnowszej mody paryskiej i sprzedawał za grube pieniądze tym samym sklepom, w których je za bezcen wcześniej otrzymał. Kiedy w Konstantynopolu zabrakło mu gotówki, zatrudnił się jako nurek wyławiający monety wrzucane do wody przez pasażerów parowców. Innym razem czyścił buty, przyciągając klientów muzyką z fonografu Edisona ukrytego pod krzesłem.

Zarobione pieniądze przeznaczał na wyprawy, na które wyruszał razem z grupą przyjaciół. Nazywali siebie Towarzystwem Poszukiwaczy Prawdy, jednoczyła ich bowiem ciekawość zjawisk nadprzyrodzonych i chęć studiowania różnych religii. Do Towarzystwa należeli m.in. pewien rosyjski książę, archeolog, geolog, inżynier i Polka z Wołynia. W pojedynkę lub parami wyruszali na wędrówki po Azji Środkowej i Bliskim Wschodzie, odwiedzając klasztory, ośrodki medytacji i szkoły ezoteryczne. Zachowały się przekazy o czterech takich wyprawach: do Turkiestanu, Tabrizu i Bagdadu, na Syberię, pustynię Gobi i przez Pamir do Indii. Podczas ostatniej ekspedycji grupa rozwiązała się. Kiedy 15 lat później Uspienski pytał Gurdżijewa, co stało się z jej członkami, mistrz odpowiedział: "Niektórzy umarli, niektórzy pracują, inni odeszli w odosobnienie".

O tym, co działo się pomiędzy ostatnią wyprawą a przyjazdem G. do Moskwy, niewiele wiadomo. Podobno przebywał w Tybecie, badacz jego biografii James Moore twierdzi nawet, że G. był wychowawcą dalajlamy. Podobno był rosyjskim szpiegiem. Podobno na dwa lata związał się z jedną z grup sufickich (czyli wywodzących się mistycznego odłamu islamu) w Azji Środkowej. Około 1907 r. pojawił się w Taszkiencie i znów zajął się interesami, lecz na nieporównanie większa skalę. Otwierał sklepy, restauracje i kina, a następnie sprzedawał po rozkręceniu, robił interesy w rolnictwie, organizował transporty bydła, wydobywał ropę i zajmował się połowem ryb.

Kiedy w 1912 r. zlikwidował interesy i przyjechał do Moskwy, miał na koncie milion rubli i był właścicielem kolekcji dywanów i porcelany. Był to ogromny majątek - pensja wyższego urzędnika wynosiła wtedy od 40 do 50 rubli. Będąc całkowicie niezależnym, rozpoczął intensywne przygotowania do otwarcia własnego Instytutu. Kiedy spotkał Uspienskiego, wszystko było gotowe; sprowadzone z zagranicy meble i instrumenty czekały na rozpakowanie.

Plany pokrzyżował wybuch wojny. G. opuścił Moskwę i udał się na Kaukaz, by tam przeczekać zawieruchę. Osiedlił się w Jessentuki koło Mineralnych Wód. W ślad za nim udali się jego uczniowie. Ale kiedy rejon Mineralnych Wód znalazł się w centrum działań wojennych, praca znów została przerwana. Gurdżijew wpadł wtedy na genialny pomysł: wystarał się u władz o pozwolenie na wyprawę naukową i pod pretekstem badań archeologicznych wyprowadził swych kilkudziesięciu studentów z niebezpiecznego terenu w góry Kaukazu.

O jego zdolnościach organizacyjnych świadczy fakt, że otrzymał u bolszewików dwa wagony kolejowe, choć w tamtych czasach graniczyło to z cudem. Załadował do nich swoich ludzi, konie, muły i wyposażenie. A kiedy tory się skończyły, ruszył na piechotę i przez góry dotarł latem 1918 r. do Soczi nad Morzem Czarnym.

Rok później razem z grupą uczniów znalazł się w Tbilisi, gdzie otworzył swój pierwszy Instytut Harmonijnego Rozwoju Człowieka i po raz pierwszy zademonstrował publicznie święte tańce, które przygotowała jego bliska współpracowniczka Jeanne de Salzmann. Wkrótce jednak i tu pogarszające się warunki przerwały pracę i zmusiły grupę do emigracji - najpierw do Konstantynopola, a później do Europy.

G. rozważał początkowo przeniesienie się do Niemiec, później chciał osiąść w Londynie (w Wielkiej Brytanii pracował już jego najlepszy uczeń Uspienski, który odszedł z grupy po ucieczce z Rosji). W końcu jednak kupił posiadłość Prieure w Fontainbleau we Francji, która na 12 lat stała się jego bazą. Wznowił tam działalność swojego Instytutu i po roku w paryskim Theatre de Champs-Elysees zaprezentował pierwsze efekty swej pracy - pokaz tańców sakralnych.

Tańce sakralne

Do tej prezentacji przygotowywali się intensywnie ponad miesiąc. Wnętrze teatru zostało zmienione we wschodni dziedziniec wyściełany perskimi dywanami. W powietrzu unosił się zapach perskich pachnideł, z fontann tryskał szampan, a studenci częstowali publiczność wschodnimi przysmakami. Entuzjazm, jaki wzbudził paryski występ, zachęcił Gurdżijewa do wyjazdu z wykładami i pokazami do Ameryki. Tam również wzbudził olbrzymie zainteresowanie.

Zwłaszcza pokaz w Nowym Jorku stał się głośny z powodu nieoczekiwanego wydarzenia. Jednym z elementów pokazu miała być demonstracja ćwiczenia, zwanego "ist", w którym wszyscy uczniowie na słowo lub gest mistrza w jednej chwili zatrzymywali się i zamierali. Tym razem jednak Gurdżijew nie dał żadnego znaku i rozpędzeni tancerze jeden po drugim spadali ze sceny na podłogę, jeden na drugiego, z rękami i nogami powykręcanymi na wszystkie strony. Leżeli tam spokojnie, dopóki G. nie dał znaku, że przedstawienie jest skończone, Kiedy okazało się, że nikomu nic się nie stało, publiczność oszalała. Wkrótce powołano w Nowym Jorku oddział Instytutu, którym kierował Alfred R. Orage, znany psycholog.

Mimo rozgłosu ruch zainicjowany przez Gurdżijewa trudno było nazwać popularnym. Ciągle towarzyszyła mu ta sama grupa, z którą pracował jeszcze w Tbilisi: jego żona Julia Ostrowska, malarz Alexander de Salzmann i jego żona Jeanne, choreograf, kompozytor Thomas de Hartmann, współautor muzyki do świętych tańców, i jego żona Olga, której G. w późniejszym okresie dyktował po rosyjsku swoje prace. Pierwszego francuskiego ucznia Gurdżijew dorobił się dopiero po dziesięciu latach działalności. Był nim pisarz z grupy surrealistów René Daumal, przyjaciel Antoine'a Artuada.

Kryzys przyszedł w połowie lat 20. Gurdżijew, który nauczył się prowadzić samochód w wieku pięćdziesięciu paru lat, omal nie zginął w wypadku samochodowym i tylko swoim nadzwyczajnym umiejętnościom zawdzięczał wyzdrowienie. Nie potrafił jednak uzdrowić swojej żony, która zmarła na raka w 1926 r. Po jej śmierci zamknął Instytut i poświęcił się całkowicie pisaniu. Do kłopotów osobistych doszły finansowe - jego umiejętności handlowe nie bardzo sprawdzały się na Zachodzie, głównie z powodu nieznajomości języka. Reszty dokonał kryzys ekonomiczny i w połowie lat 30. G. musiał oddać posiadłość za długi i przenieść się do Paryża.

Między 1934 r. a wybuchem wojny w jego biografii znów jest tajemnicza przerwa; podobno podróżował do Azji. Na początku lat 40. znów pracuje ze swoimi uczniami w mieszkaniu w Paryżu. Spotykają się codziennie około pierwszej po południu. Zaczynają od czytania pism mistrza, co trwa około godziny. Później następuje ceremonialny posiłek, po którym goście opuszczają Gurdżijewa, aby wrócić przed dziesiątą na następne czytanie i dyskusję. Wieczór kończył zazwyczaj koncert mistrza, który grał na harmonium. Goście wychodzili o wpół do trzeciej nad ranem.

Mimo trudnych warunków okupacyjnych Gurdżijewowi udaje się utrzymać wysoki poziom życia. Kupuje zawsze drogie potrawy, słodycze, wino i dodatki. Sklepikarzom tłumaczy, że odziedziczył po jednym z uczniów pole naftowe w Teksasie.

Po śmierci Uspienskiego jego żona Sonia wbrew woli męża przyciąga jego uczniów do Gurdżijewa. Ostatnie dwa lata życia kaukaski mistyk spędza, pracując intensywnie z uczniami. Kilka dni przed śmiercią przekazuje kierowanie grupą Jeanne de Salzmann, która staje się jego główną spadkobierczynią. Umiera 29 października 1949 r.

Od wina do arki Noego

Nazwisko Gurdżijew przez wiele lat było znane jedynie wtajemniczonym. Swoją pierwsza książkę, wydaną przed wojną w Paryżu, kaukaski nauczyciel kazał wycofać z księgarń i zniszczyć. Pierwsza część jego trzytomowych pism "Wszystko i o wszystkim" wyszła dopiero po jego śmierci w 1950 r. Następne uczniowie zdecydowali się ujawnić dopiero w latach 60. i 70. Drukowali je w małych wydawnictwach albo wręcz nakładem własnym.

Wiedza o Gurdżijewie i jego ideach rozchodziła się głównie drogą ustnego przekazu. Uczniowie, z którymi pracował w Rosji, Francji i USA, zakładali własne grupy i przekazywali następnym wiedzę zdobytą od źródła. Kontrolę nad tym procesem objęła założona w latach 50. Fundacja Gurdżijewowska z siedzibami w Londynie, Nowym Jorku i Paryżu.

Na wzór francuskiego Instytutu w Stanach Zjednoczonych od lat 60. powstawały ośrodki, w których zwolennicy Gurdżijewa mieszkali, pracowali i praktykowali jego metodę. Jeden z nich znajduje się w Kalifornii i słynie z produkcji świetnego wina, inny, założony ponad 30 lat temu w stanie Nowy, Jork specjalizuje się w rękodziele. Można tam kupić m.in. misterny model arki Noego, z kompletem zwierząt uratowanych przed Potopem. Cena - 1050 dolarów.

Ośrodki pobierają zwykle niewielkie opłaty za naukę, płaci się również za utrzymanie. Pamięć o handlowych talentach mistrza nie słabnie. Jeden z japońskich ośrodków w swojej reklamie internetowej pisze, że nie odmawia wstępu ludziom, którzy nie mają pieniędzy, ale ostrzega jednocześnie - ci, którzy są słabi w codziennym życiu, są również słabi w "pracy". Mimo to kandydatów nie brakuje.

Gdyby jednak naukami Gurdżijewa nie zainteresowali się znani artyści teatru - Peter Brook i Jerzy Grotowski - jego oddziaływanie nie byłoby dzisiaj tak silne. Pierwszy w 1949 r. poznał uczennicę Gurdżijewa, Amerykankę Jane Heap, która wprowadziła go do jednej z grup. Wpływ, jaki idee kaukaskiego mistrza miały na brytyjskiego reżysera, był mało znany aż do 1978 r., kiedy Brook zrealizował film na podstawie "Spotkań z wybitnymi ludźmi". Zdjęcia powstawały w Afganistanie, a pracę kontrolowała Jeanne de Salzmann, powierniczka ostatniej woli Gurdzijewa. W finale filmu znalazł się zapis archiwalnych tańców, które przygotowywała w Paryżu w latach 40.

Ale dopiero w swojej autobiografii "Threads of time", wydanej w latach 90., Brook otwarcie przyznał, jak wielkie znaczenie miał dla jego pracy Gurdżijew. W latach 60. odbył nawet z żoną i przyjaciółmi podróż do Afganistanu śladami Gurdżijewa. Idee kaukaskiego mistrza przyświecały poszukiwaniom międzykulturowym, które prowadził z międzynarodowym zespołem aktorskim od lat 70. Jego słynne przedstawienie "Konferencja ptaków" z tego okresu było oparte na tekstach sufickich, do których sięgał także G. Kontakt ze wschodnią tradycją popchnął go w końcu w stronę "Mahabharaty", jego najważniejszej pracy, w której dotykał tych samych egzystencjalnych pytań, które stawiał Gurdżijew.

Z Grotowskim było inaczej. Żyjąc po drugiej stronie "żelaznej kurtyny", był odcięty od wiadomości o Gurdżijewie (nazwisko mistyka było na indeksie cenzury). Dopiero w latach 70. przeczytał książkę Uspienskiego i odkrył, że podąża podobną drogą. W tym czasie odszedł już od tradycyjnych przedstawień i pracował nad projektem Teatr Źródeł, który przypominał poszukiwania prowadzone przez Gurdżijewa sto lat wcześniej, lecz obejmujące cały świat. Gurdżijew interesował się starymi tańcami, Grotowski badał stare pieśni wibracyjne i z nich uczynił materiał swojej późniejszej pracy. Obaj traktowali sztukę podobnie - nie jako cel sam w sobie, lecz jako wehikuł przenoszący człowieka do innych stanów świadomości. Różnica polegała na tym, że Gurdżijew zanurzał swoją pracę w życiu codziennym, gdy tymczasem Grotowski izolował swoich aktorów, tworząc zamknięte, klasztorne grupy. Kierunek był jednak ten sam.

Analogia między panami G., jak ich nazywał teoretyk teatru Richard Schechner, stała się jeszcze bardziej wyraźna w ostatnich latach Grotowskiego. "Akcja" - widowisko oparte na pieśniach wibracyjnych z Karaibów, nad którym pracował ze swoimi aktorami w Pontederze - była odpowiednikiem baletu "Walka Magów", który dla Gurdżijewa miał być podsumowaniem jego pracy. Balet w końcu nigdy nie powstał, "Akcję" zobaczyli wyselekcjonowani widzowie w kilku krajach. Grotowski poszedł więc o krok dalej od Gurdżijewa - stworzył dzieło, które było zarazem dziełem sztuki i wehikułem czy też windą ku Absolutowi.

Bez względu na to, na ile polski artysta wzorował się na Gurdżijewie, a na ile pracował niezależnie od jego idei, cel ich pracy był ten sam. Nie chodziło już o tworzenie spektakli ani o ćwiczenia rozwijające takie czy inne umiejętności aktorów, lecz o stworzenie alternatywy dla religii - pozbawionej dogmatu i liturgii drogi do Absolutu. I chociaż Grotowski maskował swoją pracę, zapuszczając szereg zasłon i wprowadzając w błąd wszystkich łącznie z aktorami, quasi-religijny charakter pracy twórcy Laboratorium w kontekście jego powinowactw z Gurdżijewem nie ulega wątpliwości.

Europejska ignorancja

Czy Gurdżijew przybliżył człowieka Zachodu do prawdziwego poznania? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, efekty pracy są znane bowiem tylko wąskim grupom naśladowców, którzy nie zabiegają o rozgłos. Na pewno przybliżył człowieka Zachodu do prawdziwego poznania Azji. Kiedy wodzi się palcem po mapie, śledząc jego podróże i mając w pamięci ich opisy, Azja otwiera się przed nami jak księga.

"Nikt w Europie nie zna ani nie ma żadnego pojęcia o Azji - pisał Gurdżijew w "Spotkaniach z wybitnymi ludźmi". "Większość Europejczyków i Amerykanów sądzi, że to jakiś wielki kontynent graniczący z Europą, zamieszkany przez niecywilizowane lub w najlepszym wypadku na wpół cywilizowane skupiska ludzi, którzy znaleźli się tam przypadkowo i zaczęli dziczeć. Ich pojęcie na temat wielkości Azji jest mgliste, zawsze gotowi są porównywać ją z krajami europejskimi, nie zdając sobie sprawy, że kontynent azjatycki pomieściłby niejedną Europę i że zamieszkują go narodowości, o których nie tylko Europejczycy, ale nawet sami Azjaci nigdy nie słyszeli. Ponadto wśród tych "dzikusów" niektóre nauki, na przykład medycyna, astrologia, nauki przyrodnicze itd. osiągnęły poziom doskonałości, na który cywilizacja europejska wzniesie się być może dopiero za kilkaset lat".

Te gorzkie słowa o ignorancji Europejczyków, którzy mierzą świat własną miarą, pozostały do dziś aktualne. Dzisiaj, kiedy tereny, z których wywodzi się nauka Gurdżijewa, ogarnął płomień wojny i zniszczenia, kiedy w gruzy wali się licząca tysiące lat kultura i tradycja, a na zgliszczach grasują religijni szaleńcy, potrzeba zrozumienia, o której mówił przez całe życie mistrz z Kaukazu, staje się jeszcze bardziej pilna niż przed 50 laty.

Strona ta pochodzi z internetowych stron Gazety Wyborczej.
Artykuł archiwalny (24-05-2002 15:04)
Autor: Pan Roman Pawłowski


Artykuły i fragmenty książek

Strona główna

Ostatnia aktualizacja tej strony:
07-06-2004

Kontakt z autorem strony - e-mail:
Arkadiusz Choczaj
sufizm@poczta.onet.pl