Wyjmij nóż z mojego boku. Derwisze w Iraku.

 

Zobacz powiększenie
Wieczorna modlitwa na dziedzińcu medresy
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Kobiety właśnie sprzątnęły misy z ryżem i baraniną
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Początek rytuałów. Pierwszy szpikulec przebija brzuch
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Tępe ostrze nie może przebić młodych tkanek
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Nastrój jest taki, że nikt z zebranych nie potrafi usiedzieć na miejscu
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Trzecim nożem pomocnik mistrza przebija policzki młodego derwisza
Fot. Krzysztof Miller

Zobacz powiększenie
Szejk Kasem i Mohammad - mudżahedin z al Falludży. Mohammad zginął podczas ostatniej pacyfikacji miasta
Fot. Krzysztof Miller

ZOBACZ TAKŻE

• Od redakcji (17-05-04, 01:00)


Wy, ludzie Zachodu, nie pojmujecie, jak głęboko można uwierzyć

Nadciągał wieczór. Silny, ciepły wiatr podnosił na ulicach al Falludży tumany piachu. Kilku chłopców zmagało się z drzewcem ogromnej, zielono-złotej chorągwi Proroka. Inne święte proporce już dawno łopotały. Chłopcy spieszyli się, lecz szło im opornie; przeszkadzały zwisające z ramion kałasznikowy. Przecznicę lub dwie dalej co parę minut grzechotały serie z automatów. Od strony miejskiej komendy policji dochodziły odgłosy wybuchów.

Siedliśmy na dziedzińcu medresy wyłożonym grubymi dywanami. Pod jedną ścianą Krzysiek, Dżamal i ja, pod drugą oni. Sześciu mężczyzn w długich dziszdaszach, brodatych, suchych i ascetycznych. Mieli przed sobą trzy płaskie bębny obciągnięte baranią skórą wyprawioną na cienki pergamin. Wewnątrz bębnów przyczepiono stalowe haczyki. Gdy dłoń uderza w skórzaną membranę, haczyki szeleszczą i brzdąkają, nadając głębokim basom wyższą, metaliczną nutę.

Dżamal powiedział, że żadnych innych instrumentów nie będzie: - Oni wierzą, że muzyka tylko wtedy nie jest występna i rozwiązła, jeśli jest grana na jednym rodzaju instrumentu. To ludzie Boga. Czekajmy. Zaraz po zachodzie zobaczymy krew.

Z ufnością i w czystości

W otwartej kuchni na tyłach szkolnego podwórza kobiety w czerni gotują z baraniny rosół, spoglądając od czasu do czasu na wiklinowy kosz, gdzie leży chłopczyk, który urodził się dziś rano. To siódmy syn Karima, trzecie dziecko jego drugiej żony. Karim ma siedmiu braci i trzy siostry.

- A ilu ty masz braci? - pyta mnie.

- Nie mam rodzeństwa.

- Nie przejmuj się więcej swoim nieszczęściem. Jesteśmy twoją rodziną. Mohammad opowiadał nam o tobie.

Mohammad cieszy się w al Falludży - mieście, jak powiadają, tysiąca meczetów - wielkim poważaniem. Był oficerem wywiadu Saddama, lecz odszedł ze służby zniechęcony bezbożnością dyktatora. Przestał pić piwo, choć bardzo mu smakowało, zaczął chodzić do meczetu, czytać święte księgi, znalazł drugą żonę. Gdy Amerykanie weszli do Iraku, Mohammad gorąco podziękował Bogu, że już nie musi tułać się po świecie, by gdzieś w Palestynie, w dalekim Afganistanie albo w Somalii trafić na świętą wojnę. Ma przygotowanie wojskowe, więc współtworzy oddziały mudżahedinów.

- Bóg jest nieskończenie dobry, wysłuchał moich próśb - mówi. - Nie mam większego marzenia, niż zginąć jak męczennik.

Poznaliśmy się kilka miesięcy temu, gdy al Falludża stała się w Iraku symbolem antyamerykańskiego oporu. Wielu ludzi w mieście opowiadało mi, że Mohammad z bezbożnika i hulaki zmienił się w radykalnego, ortodoksyjnego wahabitę.

- Nie jestem wahabitą - zaprzecza. - Odnalazłem po prostu Boga, wszedłem na drogę, którą wskazuje święty Koran. Nie jestem też derwiszem; nie mam ich zapału i wiary. Wahabici mówią, że derwisze uprawiają czarną magię, nienawidzą ich tak samo jak bezbożnych Amerykanów i szyitów. A ci derwisze są moimi przyjaciółmi. Znamy się długie, długie lata. W ich praktykach nie ma ani trochę magii. To głęboka wiara pozwala im nie odczuwać strachu i bólu. Mam nadzieję, że przyszliście do nas z ufnością i w czystości, że nie piliście piwa, a żaden z was nie spał ostatnio z kobietą. Takiego Spotkania mogą doświadczyć tylko ludzie czyści. Allah akbar.

Jesteśmy ludźmi Boga

Jeszcze w Bagdadzie pytałem szejka Mohammada Abu Chomrę, przywódcę mistycznej sekty sufi, czy przebijanie ciał długimi ostrymi szpikulcami dokonywane w religijnym transie przybliża ich ku Bogu. Siedzieliśmy w sali modlitewnej przytulonej do starodawnego meczetu. W drzwiach stało kilka kobiet z niemowlętami na rękach. Szejk Abu Chomra dotykał rozpalonych główek, a kobiety wierzyły, że wraz z dotknięciem odchodzi dzieciom gorączka. Niektóre miały na dłoniach i twarzach geometryczne tatuaże. Samotne granatowe kropki wskazywały punkty, które należy nakłuć, gdy dopadała je choroba lub nieznośny ból głowy.

- Przekłuwamy ciała, bo też w ten sposób wyrażamy naszą ufność Bogu i naszą wiarę - mówił. - Nasi najwięksi mistrzowie potrafili leczyć i uzdrawiać, a po śmierci ich ciała nie ulegały rozkładowi. Wierz w to lub nie, ale taka jest prawda. Sufizm to droga ku Bogu, to wiedza, nauka, poznanie, wiara. My - sufici - jesteśmy ludźmi Boga, Bóg jest treścią naszego życia, pozwala nam robić to, co dla bezbożnych jest niewykonalne. Wy, ludzie Zachodu, nie pojmujecie, jak głęboko można uwierzyć.

Słowa o Husajnie

Kobiety właśnie sprzątnęły wielkie misy z parującym ryżem i baraniną. Już jest nas wielu: starzy mężczyźni i kilkuletni chłopcy. W oknach medresy rozpłaszczone nosy podglądających dziewczynek; zaraz matki odgonią je w głąb budynku. Warczą bębny, sześciu mężczyzn śpiewa monotonną, spokojną pieśń.

- O czym śpiewają? - pytam Dżamala.

- O Bogu i uwielbionym Proroku.

Przed bramą medresy stoją chłopcy z kałasznikowami i granatnikami. Rytm bębnów cięty metalicznym chrzęstem haczyków przybiera zawrotną prędkość. Zmienia się pieśń - z przejmującej i smutnej w transowe, niezwykłe zawodzenie.

- A o czym teraz śpiewają?

- Śpiewają o imamie Husajnie - mówi Dżamal z wielkim zdziwieniem. - Przecież to sunnici, Husajn jest dla nich odszczepieńcem. Nie rozumiem, nic nie rozumiem. Modlą się jak my, szyici. Nigdy nie słyszałem tej pieśni w al Falludży.

Słowa o Husajnie niosą się wysoko ponad mury medresy. Dźwięk bębnów i zawodzenie derwiszów sprawia, iż mężczyźni zaczynają uderzać się w piersi. Coraz częściej słychać okrzyki "Allah akbar", rzucane w powietrze, bez związku z rytmem pieśni. Czerwienieją twarze, mężczyźni wstają, wyrzucają w górę ramiona, zaczynają drgać w rytm oszalałych bębnów. Mohammad mówi: - Już zaraz, zaraz zobaczysz to, na co wszyscy czekamy. Poznasz, do czego zdolni są ludzie wiary.

Naraz z pobliskiego minaretu płynie w noc nad al Falludżą nawoływanie muezina, spodziewane, lecz jakby nie na czas. Bębny cichną. Nikt nie pamięta, że sekundę temu niemal wszyscy zachowywali się jak w narkotycznym transie. Cały dziedziniec medresy - kilkuset mężczyzn i chłopców - staje twarzą w kierunku Mekki. Rytmiczne pokłony bite w przejmującej ciszy. Modlitwa jakże inna od tej, którą słyszałem przed chwilą.

Między przyszłymi męczennikami

Ale bębny znów grają. Nikt nie usiedzi na miejscu, nawet dostojny szejk Ahmed, potomek Mahometa, który w medresie pojawił się nie wiadomo skąd, strzeżony przez kilkuosobową zbrojną świtę. Szejk mieszka w al Falludży, lecz co noc zmienia miejsce pobytu. Jest wyrocznią dla mudżahedinów, partyzanci całują go w rękę. Na dzisiejsze modlitwy założył białą dziszdaszę obszytą złotą lamówką, gęstą brodę ubarwił rudą henną. Przesuwa w dłoniach paciorki jaspisowego różańca.

Kasety i płyty CD z wykładnią sur i kazaniami szejka Ahmeda krążą od meczetu do meczetu, a uliczni handlarze, którzy je sprzedają, muszą liczyć się z kilkoma dniami aresztu. Szuka go iracka policja, szukają Amerykanie. Mówi, że nie boi się nikogo i niczego. Zwłaszcza tutaj - pośród wiernych, między kuzynami i przyjaciółmi, przyszłymi męczennikami. Allah akbar.

Ten rytm sprzed godziny, który wtedy uznałem za szaleńczy, brzmiałby teraz jak niemrawe stukanie. Pieśń o Husajnie zastąpiły rytmiczne okrzyki. Mohammad wymachuje długim, ostrym mieczem. Podbiega do siwobrodego starca w białym turbanie i brązowej długiej szacie, który właśnie przekroczył próg medresy. To szejk Kasem, mistrz ceremonii. Mohammad całuje jego dłoń z jeszcze większą czcią, niż wcześniej całował dłoń szejka Ahmeda. Za starcem idą dwudziestoletni mężczyźni. Trzymają w dłoniach stalowe, lekko zardzewiałe noże - wąskie i długie jak szpikulce do rożna. Starsi bracia wyprowadzają za bramę najmłodszych chłopców.

- Jeśli nie wytrzymasz, po prostu odwróć głowę - mówi Dżamal. - Nie martw się. Wielu ludzi, nawet Arabów, nie wytrzymuje tego widoku.

Jeden z towarzyszy szejka Kasema zrywa z siebie wzorzystą koszulę. Biegnie przed siebie, wyrzucając w górę ramiona, skacze, krzyczy coś. Podnosi z dywanu przerdzewiały, tępy szpikulec. Przyciska sobie do brzucha, wbija, ostrze wychodzi drugą stroną. Synek Mohammada skrywa twarz w mojej koszuli. Histerycznie płacze. Wynoszę małego przed bramę medresy. Zajmą się nim ochroniarze z kałasznikowami.

Ale to, co dzieje się na dziedzińcu, to mało, mało, mało. Chłopak, z którego boku sterczy szpikulec, ściska w dłoniach drugi nóż. Wbija z całych sił, lecz tępe ostrze nie może przedziurawić młodych, zbitych tkanek. Opiera rękojeść o ziemię, naciska całym ciężarem ciała. Nic, choć szarpie się, prze z całej mocy. Dwóch towarzyszy kładzie się na jego plecach. W końcu nóż przebija brzuch, długie ostrze już sterczy z pleców. Chłopak wstaje z kolan, a wtedy jeden z pomocników mistrza przebija mu nożem policzki.

Tłum krzyczy, bije się w piersi, skacze. Tu nawet bębny fruwają w powietrzu, podbijane rytmicznymi uderzeniami. Bezwiednie klaszczę w rytm bębnów, kołyszę się, skanduję. Dostojny szejk Ahmed miota się w szaleńczym tańcu. Mohammad wywija mieczem. Strażnicy przy bramie podnoszą w górę kałasznikowy.

Oto drugi chłopak dziurawi sobie brzuch. Tańczy, wiruje w zwariowanym, narkotycznym tempie. Mistrz Kasem kładzie mu ręce na ramionach. Chłopak jakby wrósł w ziemię, a wtedy Kasem otwiera mu usta i mocnym, pewnym ruchem przebija żuchwę.

Lecz to jeszcze nie koniec, zostały trzy noże. Mistrz Kasem rozrywa górę dziszdaszy. Przebija sobie bok, przebija lewą pierś. Wreszcie podnosi do góry głowę i wolnym ruchem wciska ostrze noża w odsłonięte gardło. Powoli, metodycznie naciska na rękojeść. Już widać napiętą skórę, za sekundę ostrze wyjdzie z drugiej strony szyi. Mistrz Kasem obraca się, tańczy, śpiewa, ale żelazo zamienia nabożne słowa w bełkot. Mówi, choć ten głos nie należy do niego: - Wyjmij nóż z mojego boku, zwróć mi życie.

I wtedy do okaleczonych mężczyzn podchodzą pomocnicy Mistrza. Wyszarpują z brzuchów i z ust ostrza, rany uciskają palcami. Trwa to sekundę, może dwie, trzy. Rany nie krwawią, nie widać najmniejszych skaleczeń. Tylko z szyi szejka Kasema sączy się cieniutka stróżka krwi. Mistrz ociera ją kantem dłoni. Krew przestaje płynąć.

Milkną bębny, zamiera taniec i szaleńcze wirowanie, nikt już nie skacze, nie biega, nie krzyczy, nie śpiewa, nie bije się w piersi. Słychać tylko wiatr i łopot chorągwi Proroka. Jak długo to trwało? Kwadrans? Dziesięć minut? Minutę? Co tu się działo przed chwilą? Obłęd? Zbiorowa histeria? Natchniona religijna ekstaza? - nie rozumiem i nie wiem, choć wszystko widziałem i wszystko czułem.

Modliliśmy się, byś do nas przystał

- Doświadczyłeś, jak wielka jest moc naszej wiary - powiedział mi potem mistrz Kasem nad szklaneczką słodkiej herbaty. - Choć widziałeś dziś ledwie mały fragmencik tego, co pozwala nam robić Bóg, przyznasz, że prawdziwe spotkanie z Najwyższym wyzwala w człowieku niebywałą moc. Umiemy siadać w gorejącym ogniu, umiemy wbijać sobie w głowy noże, możemy chwytać dłońmi przewody elektryczne, nie robią nam krzywdy kule z karabinów, nie krwawimy, nie czujemy bólu. Ale to w dalszym ciągu nic. Najstarsi spośród nas dostąpili mocy uzdrawiania, odganiają najstraszniejsze choroby. To nie sekretna magia, nie czary; szatan nie ma dość sił, by można było aż tak wierzyć w jego imię. Cały wieczór modliliśmy się, byś do nas przystał. Allah akbar, pamiętaj, Allah akbar. Nie ma Boga prócz Boga. Jeśli to wiesz, wiesz wszystko, znasz tajemnicę świata.

Paweł Smoleński 17-05-2004, ostatnia aktualizacja 13-05-2004 17:27
Artykuł archiwalny; Gazeta Wyborcza

OD REDAKCJI

Paweł Goźliński

Kilka dni temu wstrząsnęły światem zdjęcia z egzekucji Nicka Berga, amerykańskiego chłopaka, który chciał pomóc Irakijczykom, ale stał się ofiarą zemsty al Kaidy.

Dziś w "Dużym Formacie" publikujemy fotoreportaż Krzysztofa Millera i Pawła Smoleńskiego. Irakijczycy w religijnej ekstazie przebijają na wylot swoje ciała, dając dowód nieskończonej miłości do Boga. Barbarzyństwo - można by powiedzieć, gdyby nie to, że za irackimi derwiszami stoi wspaniała tradycja muzułmańskiej mistyki. Nieskończona mnogość sufickich szkół i bractw, które strzegły dróg wiodących do jedności z Bogiem. Ich modlitwą jest najczęściej nieustanne powtarzanie boskiego imienia. Oddech nadaje rytm, coraz szybciej, nie tylko ustami, ale całym sercem. Aż do ekstazy, w której nie istnieje już ani modlący się, ani jego ból. Muzułmańscy mistycy bywali także wielkimi poetami. "To, co Bóg rzekł róży, i przez co rozwinęła swą piękność, powiedział memu sercu i uczynił je po stokroć piękniejszym". Tak pisał w XIII wieku najsłynniejszy spośród nich, Dżalaluddin Rumi.

Islamscy nauczyciele mistyki często byli wyklinani przez swoich współbraci, ich uczniowie pozostawali na marginesie głównych nurtów islamu. Tak jest do dziś - niełatwo było naszym reporterom dotrzeć do irackich derwiszów. Kiedy wreszcie porozmawiali z ich mistrzem, usłyszeli: "My - sufici - jesteśmy ludźmi Boga, Bóg jest treścią naszego życia, pozwala nam robić to, co dla bezbożnych jest niewykonalne. Wy, ludzie Zachodu, nie pojmujecie, jak głęboko można uwierzyć".

Kiedy patrzę na zdjęcia zrobione tuż przed egzekucją Nicka Berga, zastanawiam się, jaka jest wiara jego morderców. Co ma wspólnego z sufitami, z poezją Rumiego, z wirującymi derwiszami, których oglądałem w Egipcie. Nic. Terroryści z al Kaidy zmieniają swoją religię w morderczą ideologię. Tak podpowiada mi rozum. Jednak widok przekłuwanych sztyletami ciał odbiera pewność moim opiniom.

Paweł Goźliński 17-05-2004, ostatnia aktualizacja 14-05-2004 11:50

Artykuł archiwalny; Gazeta Wyborcza

Strona ta pochodzi z internetowych stron Gazety Wyborczej.
Wyjmij nóż z mojego boku. Derwisze w Iraku. - część 1
Wyjmij nóż z mojego boku. Derwisze w Iraku. - część 2
Wyjmij nóż z mojego boku. Derwisze w Iraku. - od redakcji
Artykuły archiwalne; Gazeta Wyborcza


Artykuły i fragmenty książek

Strona główna

Ostatnia aktualizacja tej strony:
07-06-2004

Kontakt z autorem strony - e-mail:
Arkadiusz Choczaj
sufizm@poczta.onet.pl